Lubię ten bieg. Lubię startować w Pomeranii w Czymanowie – w miejscu, które tak bardzo przypomina mi dziecięce lata i pierwsze starty w BnO. Gniewino, zbiornik, Nadole… Piękna historia, która wraca do głowy za każdym razem, kiedy tam jestem. O ile mnie pamięć nie myli, brałem udział w tych zawodach już trzeci raz z rzędu i jak zawsze – solidnie się sponiewierałem.
Pogoda do biegania była wprost idealna. Trochę deszczowo, ale temperatura w sam raz. Nie za ciepło, nie za zimno, więc zapowiadało się naprawdę solidne ściganie. Jak zwykle ostrzyłem sobie zęby na podium, pytanie tylko brzmiało: czy w klasyfikacji generalnej, czy w kategorii wiekowej? Młodszy się nie robię, szybszy chyba też już nie, więc z tą generalką bywa bardzo różnie. Kiedy nie ma mocnej stawki, mogę nawiązać walkę, ale jak pojawia się szybka młodzież – cóż, pozostaje mi najczęściej oglądanie ich pleców. Tak to po prostu działa.

Wychodząc na rozgrzewkę, czułem okrutnie pospinane i obolałe przywodziciele po środowej siłowni. Wydawało mi się, że poruszam się jak kaczka – i to w dość rozpaczliwym stylu. Wcale mi się to nie podobało, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, jak mocno będę przez to cierpiał na trasie. Cóż, wychodzą teraz słabe punkty, z którymi na szczęście mozolnie, ale metodycznie sobie radzimy, powoli przekształcając je w mocne strony. To naprawdę działa – z ręką na sercu czuję i wiem, że zmierzamy w dobrą stronę. Dzięki!!! Wróćmy jednak do samego biegu. Trasa zaczyna się długim, asfaltowym podbiegiem pod zbiornik o długości około 1,8 kilometra. Potrafi on solidnie dać w kość i już na samym początku brutalnie weryfikuje stawkę. Od razu widać, kto przyjechał tu mocny, a kto ma słabszy dzień, co pozwala błyskawicznie obrać odpowiednią taktykę.
Po sygnale startu ruszyłem mocno. Do przodu natychmiast wyrwał się jeden zawodnik – młodszy, szybszy, żwawszy. Ja leciałem dalej z Zuzą i kilkoma chłopakami, którym jednak szybko urwałem się na podbiegu. Trzymałem swój rytm i nie odpuszczałem ani na moment. Czułem, że tym razem spokojnie wejdę do pierwszej trójki w generalce i powinienem dowieźć do mety drugie miejsce. Oczywiście wymagało to pełnej koncentracji, więc po prostu robiłem swoje.
Około piątego kilometra usłyszałem za plecami zbliżającego się biegacza. Nie było w tym nic niepokojącego, bo do mety zostało jeszcze drugie tyle. Postanowiłem najpierw wybadać rywala i sprawdzić, jak radzi sobie na zbiegach, podbiegach i płaskich prostych. Zaczęły się taktyczne szachy. Po kilku mocniejszych szarpnięciach wiedziałem już, że jestem fizycznie mocniejszy, ale z tyłu głowy stale dźwięczało moje ulubione powiedzenie: meta zawsze wszystko zweryfikuje. Musiałem zachować czujność. Zaplanowałem więc mocne depnięcie na stromym, technicznym zbiegu, żeby ostatecznie mu się urwać.

Szło świetnie – do momentu, w którym całkowicie straciłem kontrolę trakcji, a systemy bezpieczeństwa po prostu zawiodły. Wpadłem w solidny poślizg i z impetem wkomponowałem się w drzewo. Bolało okrutnie. Przez chwilę bałem się, że uszkodziłem żebra, ale na szczęście skończyło się tylko na strachu. Niestety straciłem wypracowaną przewagę i rywal znów usiadł mi na plecach. Rzuciłem pod nosem kilkoma niecenzuralnymi słowami i ponownie przycisnąłem. Oderwałem się od niego i zacząłem samotnie wbiegać na ostatni podbieg, z którego do mety zostało już tylko około 300 metrów po trawie.

Wzniesienie pokonałem w świetnym stylu, wypracowując bezpieczną przewagę. Zostało tylko bezpiecznie dowieźć ją do kreski… Niestety, na ostatnim zbiegu nogi znów rozjechały się jak sarence Bambi na lodzie, pamiętacie tą kreskówkę? Poślizgnąłem się i przeleciałem po trawie kilkanaście metrów. Tę efektowną kraksę bezlitośnie wykorzystał goniący mnie biegacz, który minął mnie dokładnie w momencie, gdy zbierałem się poobijany z gleby. Zabrakło już dystansu, żeby go dojść na samej prostej. Meta okrutnie zweryfikowała wszystko, a ta partia szachów została przegrana. Musiałem zadowolić się trzecim miejscem w klasyfikacji generalnej. Szkoda, bo drugi stopień podium był na wyciągnięcie ręki, ale taki jest właśnie sport – chwila nieuwagi i jest po zawodach.

O tym, jak ciężki był to bieg i ile sił mnie kosztował, najlepiej świadczą liczby. Średnie tętno wyniosło 188 uderzeń na minutę, a maksymalne dobiło do 201 bpm! Na takiej intensywności pracowałem dokładnie przez 42 minuty i 5 sekund. Zacnie.
To był naprawę dobry, intensywny i wręcz ekstremalny start, z którego jestem niesamowicie zadowolony. Dałem z siebie absolutny maks i nie odpuściłem ani na sekundę – mając w głębokim nosie fakt, że już kolejnego dnia czekały na mnie Mistrzostwa Województwa Pomorskiego w klasycznym BnO!
Trening zajmuje się nie obiektem, ale duchem człowieka i emocjami człowieka – Bruce Lee