Dawno nie ścigałem się w ulicznym półmaratonie tak na poważnie. W marcu co prawda startowałem w Warszawie, ale tamten bieg był typowo zadaniowy – mocno, ale nie na maksa, prosto z ciężkiego treningu do Bostonu, który był moim głównym priorytetem na wiosnę. Czas, jaki wtedy uzyskałem, to 1:24:44, co dało średnią 3’59/km. Szczeciński start miał być jednak zupełnie innym biegiem. Takim, w którym nie będę kalkulował i pójdę w opór od początku do końca, miażdżąc czas ze stolicy. Po cichu nastawiałem się na średnie tempo między 3’50 a 3’55/km. Jak wyszło? Zacnie!
Przygotowania do tego biegu były takie sobie, raczej niespecjalne. W ostatnim czasie robię po prostu wszystko, co mi przyjdzie do głowy i startuję, gdzie popadnie, co niespecjalnie pomaga w utrzymaniu sztywnego reżimu treningowego. Po majowym starcie w The Arctic Triple Lofoten Ultra-Trail na dystansie 48 km – którego jeszcze, o wstydzie, nie opisałem na blogu – pokręciłem się z mapą i kompasem w lesie, wystartowałem w trailowej Pomeranii i zaliczyłem gdyńską nocną świętojańską dychę. To wszystko nie dawało mi jednak pewności, że jestem w stanie pobiec naprawdę szybki i mocny uliczny półmaraton. Wdrożyłem więc sprytny plan, który składał się z zaledwie dwóch tygodni porządnego, typowo ulicznego akcentowania. Ich zwieńczeniem miał być właśnie 7. Nocny Portowy Półmaraton w Szczecinie.

Od razu jednak ostrzegam: nie próbujcie tego robić w domu! Nie jest to ani specjalnie mądre, ani bezpieczne. Ja – jako stary biegowy wyga, który zjadł zęby na asfalcie – mogłem sobie jeszcze na takie igraszki pozwolić.
Jak przebiegł trening?
Tydzień 29.07-05.08 (62 km)
- Poniedziałek: ostatni etap 3-dniowych zawodów w BnO
- Wtorek: wolne
- Środa: Siłownia
- Czwartek: 20 km rozbiegania
- Piątek: wolne:
- Sobota: 14 km po 3’59/km
- Niedziela: 8x1km po: 3’41, 42, 35, 37, 35, 36, 24, 17/km.
Tydzień 06-12.08 (74 km)
- Poniedziałek: wolne
- Wtorek: 20,5km rozbiegania
- Środa: Siłownia
- Czwartek: 8km po 4’00/km
- Piątek: 12km rozbiegania
- Sobota: 12x1km po: 3’45, 45, 48, 51, 43, 48, 45, 44, 40, 44, 41, 45
- Niedziela: 12km rozbiegania
Tydzień 13-18.08 (44 km)
- Poniedziałek: wolne
- Wtorek: 10x200m po: 34, 37, 35, 34, 36, 36, 34, 35, 34, 33”.
- Środa: wolne, terapia na przeponie
- Czwartek: 8km rozbiegania
- Piątek: 12km wolne
- Sobota: Start
- Niedziela: wolne
Jak widać, plan był sprytny, ryzykowny i opierał się na kilku mocnych, typowo asfaltowych akcentach, które miały przepalić nogę i przygotować mnie do solidnego ścigania. Nie było kilometrażu, ale wjechała konkretna intensywność. Sam byłem niezmiernie ciekawy, co z takiego krótkiego strzału uda się wycisnąć na zawodach.
Na duży plus przemawiały jednak odczyty z laktometru – po ośmiu kilometrach biegu ciągłego pokonanego ze średnim tempem około 4’00/km (odcinki 16’12 + 15’45), wskaźnik pokazał zaledwie 2,5 mmol/l. To był kapitalny znak. Wiedziałem, że od strony fizjologicznej wszystko gra jak w zegarku. Obawiałem się jedynie stricte mięśniowego wytrzymania tak wysokiej prędkości na pełnym dystansie półmaratonu. Dlatego z dnia na dzień moja ekscytacja rosła, a ja po prostu nie mogłem się już doczekać niedzielnego startu!

Start zaplanowano na godzinę 23:00. Dziwna pora jak dla kogoś, kto zazwyczaj leży w łóżku przed 22:00, ale potraktowałem to jako kolejne wyzwanie, z którym trzeba sobie po prostu poradzić. Po krótkiej, lecz solidnej rozgrzewce stanąłem na linii startu i na wystrzał startera ruszyłem w szczecińską noc.
Kompletnie nie znałem trasy ani samego miasta, ale z tego, co wyczytałem i usłyszałem – wiedziałem, że nie będzie to płaski bieg. Cóż, nie po to tłukłem tyle kilometrów po górach i nie po to trenowałem na siłowni, żeby teraz przestraszyć się kilku miejskich wzniesień! Ruszyłem odważnie, mocno i bez żadnych kompromisów. Od początku starałem się łapać mniejsze grupki i przynajmniej na pierwszych kilometrach chować za plecami rywali, dopóki stawka się nie wyklaruje. Tak też robiłem – przeskakując od grupy do grupy, stale własnym, mocnym rytmem.
Pierwszą piątkę pokonałem w 18’51. Szybko, ale spora część odcinka wiodła z góry. Trasa prowadziła świetnie oświetlonym miastem, wzdłuż Odry i częściowo przez teren Stoczni Szczecińskiej, gdzie trzeba było wyhamowywać na ostrych zakrętach i uważać na nierównym podłożu. Bardzo mi się to podobało, a noga podawała wyśmienicie. Zaraz po wybiegnięciu ze stoczni zaczął się jednak długi, wymagający podbieg. Tam tempo nieco siadło, ale nie odpuszczałem ani na metr. Dycha wjechała w 38’50, co dawało idealną średnią 3’53/km!
Po pokonaniu długiego i solidnego podbiegu, na którym – o dziwo – czułem się wyśmienicie, pocisnąłem mocno w dół. Ogień na tłoki i jazda! Było po prostu git. Urwałem się grupce i zacząłem gonić biegacza znajdującego się w moim zasięgu wzroku. Od około dwunastego kilometra biegłem już z dwoma chłopakami, grając w typowe biegowe szachy. Raz oni, raz ja. Raz jeden dawał zmianę, raz drugi. Nikt nie chciał odpuścić i każdy kombinował, jak ugrać z tego jak najwięcej.

Piętnasty kilometr minąłem z czasem 58’07, a szachy wciąż trwały w najlepsze. Postanowiłem zachować chłodną głowę, przeczekać ich i ruszyć mocno z ostatnich dwóch kilometrów. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem – po osiemnastym kilometrze przyszedł czas na atak. Lekko podkręciłem obroty, gwałtownie zerwałem tempo i zacząłem uciekać. Doskonale wyczułem rywala, który usiadł mi na plecach. Wiedziałem – a przynajmniej tak zakładałem – że nie utrzyma tak mocnego zwiększenia prędkości, a już na pewno nie finiszu, do mocy którego jestem pewien.
Ostatni kilometr depnąłem w kapitalne 3’37, a finałowe metry na stadionie pokonałem z prędkością grubo poniżej 3’00/km! Zegarek na mecie zatrzymał się na czasie 1:21:38, co dało znakomite średnie tempo 3’52/km. Średnie tętno wyszło 181 bpm, a maksymalne dobiło do 192 – czyli, jak widać, nie było żadnego opalania się na trasie. Całkowity wznos, jaki zanotował mój Gremlin, wyniósł 133 metry, co najlepiej pokazuje, że nie była to płaska ani łatwa trasa.

To był naprawdę dobry, mocny i niezwykle solidny bieg, z którego jestem niesamowicie zadowolony. Patrząc na wyniki moich ostatnich połówkach – w podobnym tempie biegałem w 2019 roku, kiedy w Gdyni zanotowałem czas 1:21:40, a szybciej (1:15:08) pobiegłem ostatnio w 2017 roku na Półmaratonie Praskim. Mogę więc napisać, że był to mój najszybszy półmaraton od 9 lat! Dla pełnego obrazu: moje oficjalne PB w półmaratonie to 1:11:47, ale taki czas wykręciłem we wrześniu 2010 roku – czyli już ładnych parę lat temu – i nie planuję go poprawiać. To ni nie grozi. Jako ciekawostkę dodam, że na dystansie 21,0975 km debiutowałem 16 sierpnia 2003 roku w Ustce, gdzie linię mety minąłem z czasem 1:16:39.
Na koniec jak zawsze cytat. Tym razem z dedykacją dla moich podopiecznych:
Jeśli naprawdę chcesz coś zrobić, znajdziesz sposób. Jeśli nie, znajdziesz wymówkę – Jim Rohn