Kilka lat chodził mi ten bieg po głowie. Nigdy jednak nie miałem wolnego okienka w kalendarzu, żeby wystartować na norweskich Lofotach – aż do tego roku, kiedy po maratonie w Bostonie nie miałem sztywnych planów. Chciałem odpocząć od asfaltu i pokręcić się trochę po górach, szczególnie tych leżących za kołem podbiegunowym. Z czystym sumieniem wybrałem więc start w The Arctic Triple Lofoten Ultra-Trail na dystansie 48 km, na który poleciałem razem z moimi zawodnikami. Zapowiadał się naprawdę zacny, sportowo-turystyczny wyjazd!
Oprócz samego biegu niezwykle atrakcyjna była już sama podróż, która składała się aż z czterech lotniczych odcinków. Mój rozkład jazdy wyglądał następująco: Gdańsk – Kopenhaga, Kopenhaga – Oslo, Oslo – Bodø i na samym końcu Bodø – Svolvær.

Było wesoło, szczególnie w Bodø, gdzie zaliczyłem krótkie spięcie z Helgą z ochrony. Służbistka kazała mi wynosić się z restauracji, bo przeszedłem nie przez tę bramkę na lotnisku, przez którą trzeba było. Nie dałem się jednak zastraszyć! Mimo natychmiastowej dezercji moich współtowarzyszy, ja spokojnie dokończyłem hamburgera, dopiłem napój bogów i dopiero wtedy, bez zbędnego pośpiechu, udałem się we wskazane miejsce.
O tym, co będzie na nas czekać na trasie, przekonaliśmy się już na piątkowym rozruchu. Biegnąc ścieżkami wydeptanymi przez zające – po kostki, a momentami wręcz po uda w bagnie – podziwialiśmy surową, norweską, arktyczną przyrodę. Było cudownie, epicko, błogo i majestatycznie. Było po prostu GIT!

Największym znakiem zapytania pozostawała pogoda. Ta na Lofotach potrafi zmieniać się błyskawicznie. Pierwotne prognozy zapowiadały, że będzie mokro, zimno, deszczowo i wietrznie, ale im bliżej było do startu, tym stawały się one coraz bardziej optymistyczne. Finalnie trafiła nam się wręcz idealna aura do biegania. Bogowie Walhalli ewidentnie nad nami czuwali – przez cały bieg towarzyszyły nam znakomite warunki. Było słonecznie, temperatura oscylowała w granicach 10°C, a wiatr o sile około 20 km/h wiał prosto w plecy. Vibe był niesamowity. Wystarczyło po prostu odpalić wrotki i gnać przed siebie. Biec, iść, maszerować, truchtać – cokolwiek, byle nieustannie do przodu!

Trasę podzieliłem w głowie na 4 fragmenty. Góry do asfaltu. Asfalt. Góry po asfalcie. Ostatnie podejście i na tym się skupiałem, jednakże ważniejszy od aspektu wyścigowego był turystyczny, gdyż bardziej z takim nastawieniem poleciałem na północ. Zwiedzanie, fotografowanie, zabawa i dobry klimat. Biegowo swoje zrobiłem w Bostonie i musiałem psychicznie odpocząć.
O godzinie 13:00 ruszyliśmy z Vikingcampu na wyspie Vestvågøy. Na dzień dobry czekało na nas solidne podejście. Podmokły, trawiasty grunt był jednak zaledwie niewinnym preludium do tego, co organizatorzy zafundowali nam w dalszej części trasy. Było zacnie – tętno od razu skoczyło w górę, ale genialne widoki rekompensowały każdy metr podejścia. Bińczuś wyprysnął do przodu jak nieopierzony junior, za to my z Mawim spokojnie i metodycznie, krok po kroku, robiliśmy swoje. Pod górę twardo podchodziliśmy, czasem truchtaliśmy, a na zbiegach – ogień na tłoki i jazda w dół! Na nielicznych płaskich odcinkach trzymaliśmy równy, rytmiczny krok.

Było po prostu pięknie. Słońce świeciło, dookoła wyrastały majestatyczne szczyty – Lofoty pokazały nam swoje najcudowniejsze oblicze. Pierwszy etap liczył około 15 kilometrów, a na jego samym końcu zaczęły się konkretne mokradła. Błota było po kostki, momentami wręcz po łydki, a sama ścieżka wiła się jak świński ogon. Przypominało mi to stare, dobre, bagniste BnO!

Lecieliśmy swoje i do pierwszego punktu żywieniowego dobiegliśmy razem z Arturem. Tam sprawnie napełniliśmy softflaski i ruszyliśmy dalej – na najbardziej paskudną część trasy, która przez ponad 12 kilometrów prowadziła asfaltem. Masakra. Męczyliśmy bułę, drepcząc twardo kilometr za kilometrem. To był zdecydowanie najnudniejszy i najbardziej irytujący fragment całego biegu. Na szczęście biegliśmy we trójkę – dołączył do nas jeszcze Patryk – więc przynajmniej można było z kimś uczciwie pomarudzić w ojczystym języku.
Mialem serdecznie dość tego odcinka, szczególnie że tempo ślimaczyło się straszliwie i oscylowało w okolicach pięciu minut z dużymi sekundami na kilometr. Miejscami wiało prosto w twarz, momentami słońce solidnie smażyło – nie wspominam więc tego fragmentu zbyt pozytywnie. Trzeba go było jednak po prostu przetrwać, innej opcji nie było.

Po dość długim męczeniu asfaltu dobiegliśmy w końcu do punktu żywieniowego. Zostaliśmy tam na chwilę i ostatecznie musiałem wręcz wyciągać Mawiego za uszy, żeby znów ruszył. Jak już jednak złapał rytm, pocisnęliśmy dalej prosto w stronę szczytów. I tam zaczęła się prawdziwa zabawa! Błoto, mokradła, torf, głębokie kałuże i konkretne przewyższenia, a momentami wąska grań, zalegający śnieg i potężna ekspozycja. Ktoś o słabszych nerwach mógłby mieć tam spory problem. Trzeba było trzymać koncentrację na 300% i uważać, żeby nie polecieć kilkaset metrów w przepaść. Miało to jednak swój niepowtarzalny urok i dodawało biegowi smaczku – w końcu to był górski bieg ultra, a nie rurki z kremem! Było co robić i naprawdę mi się to podobało. Kapitalne były zwłaszcza zbiegi po łydki w błocie, pokonywane zygzakami i zakosami. Miękkie podłoże wciągało buty, zasysało je i bezlitośnie wysysało siły. Przez pewien fragment biegł z nami jeszcze jeden Polak, ale większość trasy cisnąłem ramię w ramię z Arturem.

Przed ostatnim punktem odżywczym na jednym ze zbiegów depnąłem mocniej. Chciałem rozkręcić zastałą nogę i lekko się oderwałem – musiałem szybciej grzebnąć kopytem, bo czułem się strasznie zamulony. Dobiegłem do punktu, sprawnie napełniłem flaszki i ruszyłem szuterkiem w górę. Było spoko – ale tylko do momentu, w którym nagle najpierw w jednym, a zaraz potem w drugim przywodzicielu nie poczułem potężnego skurczu. Najpierw delikatnie, subtelnie, a po chwili już z pełną, bezlitosną mocą. Trafiło mnie jak piorun z jasnego nieba i dosłownie odcięło mi możliwości ruchu. Stałem w miejscu, nie mogąc zrobić ani kroku. Próbowałem iść bokiem, tyłem – nic nie działało. Do pokonania miałem jeszcze około 6 kilometrów, z czego trzy pod górę – i to pod taką, że hej! Zacząłem więc kombinować i rozciągać się w marszu. Zaaplikowałem szybkie ćwiczenia oddechowe i starałem się maksymalnie rozluźnić spięte taśmy. W końcu zaczęło powoli puszczać, dzięki czemu mogłem rozpocząć mozolny marsz w górę. Z nóżki na nóżkę, z nogi na nogę – byle do przodu!

Lazłem, lazłem i lazłem, ale im wyżej się wspinałem, tym lepsze rozpościerały się widoki. Ze szczytu roztaczała się absolutnie epicka panorama Lofotów. Było cudownie, pięknie, błogo i majestatycznie. Właśnie po to tutaj przyjechałem! Mimo potężnego zmęczenia i bolących nóg humor miałem po prostu fantastyczny.

Zameldowałem się wreszcie na samej górze, zrobiłem pamiątkowe zdjęcia i ruszyłem w dół – najpierw wąską szczeliną z asekuracją łańcuchów, potem jakimiś koleinami, aż w końcu wypadłem na szutrową ścieżkę prowadzącą prosto do miasta. Tam wreszcie puściłem nogę, która dostała dokładnie to, na co czekała przez cały bieg. Ostatnie trzy kilometry mogłem w końcu porządnie rozwinąć – a międzyczasy 4’30, 4’45 i 4’30/km najlepiej pokazały, że w nogach wciąż była moc!
Na metę wbiegłem z czasem 7 godzin 29 minut i 12 sekund (mój czas netto bez postojów na bufetach, gdzie pauzowałem zegarek). Ostatecznie zająłem bardzo dobre, 20. miejsce w stawce 112 zawodników, którym udało się ukończyć te wymagające zawody (na starcie stanęła nas 121-osobowa ekipa). Chłopaki również świetnie ogarnęli temat. Binczuś pokręcił się z nas najdłużej, bo pomylił trasę, ale ostatecznie cały i w jednym kawałku zameldował się na mecie.

To był najpiękniejszy bieg ultra w jakim miałem przyjemność startować.
Życie albo jest śmiałą przygodą, albo niczym – Helen Keller