Przekombinowałem troszku…

Po udanym starcie w szczecińskiej połówce włączyła mi się opcja nieśmiertelności i niezniszczalności. Zapomniałem, ile mam lat i jaki przebieg, więc zgodnie z powiedzeniem „hulaj dusza, piekła nie ma” – ruszyłem w tango. W piekielne tango, którego skutki zacząłem odczuwać na początku października. Pokarało mnie, ale było warto. Raz się żyje, a co tam! Na szybko, w telegraficznym skrócie i dla potomnych z przestrogą – nie powtarzajcie tego i nie próbujcie robić tego w domu. Zapraszam na przegląd moich ostatnich startowo-treningowych poczynań! 

Botaniczna Piątka 

Tydzień po półmaratonie wystartowałem w Leśnym Ogrodzie Botanicznym w Marszewie w doskonale mi znanej imprezie – Botanicznej Piątce. Kiedyś ten bieg wygrałem, kilka razy stawałem na podium i zawsze wracam tu z sentymentem. Trasa jest wymagająca i można tu dostać srogi łomot – dokładnie tak było i tym razem. 

Startowałem na mocno zmęczonej nodze, więc od pierwszych metrów biegło mi się ciężko. Rywale naciskali i od razu poczułem, że to będzie twarda walka, w której nikt nie odpuści ani na krok. Cisnęliśmy w opór od samego początku. Biegliśmy w trzyosobowej grupie, choć tak naprawdę w dwójkę, bo trzeci zawodnik wisiał nam na plecach, minimalnie odstając, ale stale groźnie zachowując dystans. To były typowe szachy. Czułem siłę rywali i wiedziałem, że muszę zameldować się jako pierwszy na szczycie ostatniego, długiego podbiegu. Zaraz za nim czekał bowiem kręty zbieg najeżony kilkunastoma ostrymi zakrętami, na którym praktycznie nie było miejsca do wyprzedzania. Zyskanie tam prowadzenia dawało potężną przewagę taktyczną. 

fot. vesperr-studio.pl

Depnąłem na zbiegu i wypracowałem minimalny zapas. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie koniec i do mety czeka mnie przynajmniej 300 metrów maksymalnego ścigania – nie na 100, nie na 120, ale na pełne 200%! I dokładnie tak było. Z ostatnich dwustu metrów zrobiła się arcyciekawa, bezwzględna batalia o zwycięstwo. Zegarek na finiszowym zrywie pokazał kosmiczne tempo 2’08/km! 

fot. vesperr-studio.pl

Po przekroczeniu linii mety po prostu padłem na ziemię i przez długą chwilę nie miałem siły na nic. Po raz drugi w karierze zwyciężyłem w Botanicznej Piątce, a ta wygrana – po takim biegu – smakowała przepysznie. To był kapitalny start. Dokładnie taki, jakie lubię najbardziej: do całkowitego odcięcia. 

Sudety Cup 

Zawiodłem się. Tak, zawiodłem się na tej imprezie. Może nie pod kątem organizacji, bo tu było wszystko super, ale pod kątem terenu. Sudety zawsze kojarzyły mi się z kamieniami, skałami i kamulcami, a tym razem dostałem… Bieszkowice. Mokro, zielono, syfiaście. Nie lubię takiego terenu, nie podoba mi się bieganie po kostki w błocie i przedzieranie się między krzaczorami, ale cóż – to w końcu BnO, a nie rurki z kremem. Trzeba brać, co dają, a nie marudzić! 

fot. MoonLine Media

Nie biegało mi się dobrze. Pływałem, robiłem mnóstwo błędów i zupełnie nie czułem tego terenu. Poza tym głową byłem dzisiaj w całkowicie innym miejscu. Szkoda analizować poszczególne przebiegi, bo zrobiłem to już dawno po biegu, ale wrzucam mapy, żeby chociaż trochę oddać to, co działo się w lesie. Podrzucam też linki do Liveloxa – tak dla rozrywki, żebyście mogli się pośmiać z tego, że byłem dosłownie wszędzie. 

LIVELOX – PRZEBIEGI E1

LIVELOX – PRZEBIEGI E2

LIVELOX – PRZEBIEGI E3

LIVELOX – PRZEBIEGI E4

Babia Góra 

Korzystając z kilku dni urlopu oraz faktu, że przebywałem na południu Polski, postanowiłem spontanicznie pocisnąć na Babią Górę. W poniedziałek wstałem wcześnie rano i po około czterech godzinach jazdy zameldowałem się w Zawoi. Zaplanowałem pętlę na około 22 km. Wjechałem wyciągiem na Mosorny Groń i ruszyłem na Przełęcz Krowiarki, skąd starym, dobrym szlakiem pokierowałem się przez Perć Akademików prosto na Diablaka. Następnie zbiegłem czerwonym do Krowiarek i w dół aż do samochodu. Było po prostu git! Pogoda dopisała zacnie – nie wiało, słonce świeciło na pełnych obrotach, choć momentami było wręcz ciut za ciepło. Temat ogarnąłem sprawnie i zaliczyłem naprawdę świetny, górski akcent. Tego było mi trzeba! 

Treningowo… 

Po powrocie z gór zrobiłem kilka bardzo mocnych jednostek na ulicy, ponieważ planowałem szybkie bieganie na Begu Westerplatte. Patrząc na cyfry z tych treningów oraz własne samopoczucie, czułem, że jestem gotowy na wynik w granicach 36 minut z małymi sekundami. Niestety – nie pykło. Sześć startów z mapą i kompasem w zaledwie dwa tygodnie zrobiło swoje i lekko zepsuło świeżość, ale i tak bawiłem się świetnie. 

Wracając do samych przygotowań, wpadły między innymi takie jednostki: 

  • 6 km po 3’43/km + 4×500 m po 1’39, 1’38, 1’42 i 1’34. Po tym treningu VO2max na zegarku skoczyło mi do 59, czego nie widziałem u siebie od bardzo dawna! 
  • 10 km w średnim tempie 3’53/km w biegu progresywnym (pierwsza piątka wyszła po 3’57/km, a druga mocno po 3’49/km). 
  • 4×1 km + 2×1 km ze średnimi czasami odcinków dwukilometrowych: 7’18, 7’22, 7’16, 7’19 oraz szybkich tysiączków po 3’25 i 3’23/km. Pomiar mleczanu po ostatnim powtórzeniu pokazał aż 12,6 mmol/l. Bolało piekielnie! 

Puchar Bałtyku w BnO, Grand Prix Pomorza, Bieg Westerplatte, Redzka Dycha i Mistrzostwa Województwa Pomorskiego w nocnym BnO… Wszystko to opiszę już w kolejnym wpisie, a po samej liczbie startów, które przed chwilą wymieniłem, doskonale widać, że ani trochę nie próżnowałem. Z żelazną konsekwencją kontynuowałem samodestrukcję, brnąc prosto w ślepy zaułek… 

Nikt, kto kiedykolwiek dał z siebie wszystko, nie żałował tego – George Halas

2026-09-25T12:50:08+02:0025/09/2026|Motywacja, Starty, Trening|