runpassion

kwiecień plecień…

I znaleźliśmy się w wieku trudna rada
że się człowiek przestał dobrze zapowiadać
ale za to z drugiej strony cieszy się
że się również przestał zapowiadać źle…

Jakoś tak do głowy przyszła mi nie tak dawno ta piosenka Kabaretu Starszych Panów, ale to raczej bardziej przekornie, niż na serio, chociaż, coś pewnie w tym jest… To tak tytułem wstępu. 

Tytułem drugiego wstępu to strona wisiała długo dość pusta, blog nie działał, wiało nudą, ale tylko dlatego, że jak to Michu powiedział, jakiś skrypt sypnął się nie można było nic napisać. Nie znam się, ale w każdym razie już „podobno” wszystko działa i jest ok. Można znów siać ferment, pisać co mi ślina na język przyniesie i jest git. 

Starsi panowie, starsi panowie, starsi panowie dwaj
Już szron na głowie już nie to zdrowie a w sercu ciągle maj

Czytaj dalej

historia kołem się toczy…

Historia kołem się toczy…ad. 2016, kiedy na dalekiej północy zdarzyła się „prawie” analogiczna sytuacja, której byłem uczestnikiem. Leciałem, leciałem i nie doleciałem a Biegun Północny mogłem zobaczyć co najwyżej przez okno rosyjskiego AN 74 TK 100… Kto się nie orientuje, zapraszam do starego wpisu, sprzed dwóch lat… МОСКВА У НАС ЕСТЬ ПРОБЛЕМЫ ! … Chciałoby się powiedzieć, że wykrakałem to… szczególnie patrząc z perspektywy tego, co działo się na Spitsbergenie pod koniec 2017 i na początku 2018 roku. Brnąc dalej można powiedzieć, że pogoda zwariowała ! Dostawałem w lutym SMS z wyspy, że jest + 6 C i wszystko pływa by niespełna dobę później przeczytać, że jest – 16 C i skutery śnieżne, które były niezabezpieczone, przymarzły do lodu i robi się problem. Śledząc pogodę na dalekiej północy, tej najdalszej czyli na biegunie, gdzie termometry pokazywały marne – 30 kresek i więcej, niestety w tą „cieplejszą stronę” robiło mi się ciepło i wracałem pamięcią do 2016 roku. 

Czytaj dalej

górsko, gdyńsko, git-owsko!

To zdjęcie wykonane przez Bogusia – podziękował – najdosadniej pokazuje gdzie jestem z formą… daleko, daleko, daleko w lesie, ale żeby nie szukać tylko negatywnych stron tego stanu, chociaż jest ich niestety bardzo bardzo dużo, to optymistycznie patrząc a’la Krzyś ‚Tri Wariat” trzeba zauważyć, że zaraz się zazieleni i będzie pięknie… Oj wyszło zdanie mega długie i nie wstawiłem nigdzie przecinka ani kropki… Dobra. Las, forma, droga, cel, przeszkody, góra, zbieg, korzenie, trudny teren, obijanie się, zabawa, zadyszka, pot, klimat… Na szybko tych kilka słów wpadło mi do głowy i oddało to co się działo na kolejnym cyklu Grand Prix Gdyni w Biegach Górskich, organizowanych na Pustkach Cisowskich przez moich bardzo dobrych ziomków z dawnych czasów. To właśnie tam, gdzie ten bieg miał swoje miejsce na w początkowym okresie lat 90-tych stawiałem swoje pierwsze kroki w pseudowyczynowej karierze sportowej. To właśnie tam, na Pustkach w tamtych lasach i w tamtej szkole, wtedy SP 16 zaczynałem moją przygodę z Biegiem na Orientację w skrócie BnO… >>> pozdrawiam tych kumatych. BnO i wszystko jasne ! 

Czytaj dalej

dżipiesy…

Berlin Marathon 2010 – 42,72 km, Frankfurt Marathon 2011 – 42,99 km, Frankfurt Marathon 2012 – 42,75 km, Frankfurt Marathon 2016 – 43,25 km … jak żyć ? Jak biegać ? Jak to atest… jaki atest ja się pytam, przecież mój dżipies pokazał więcej kilometrów… skandaloza i cirkus !

Ale do rzeczy. Krótko, zwięźle i na temat. Bez zbędnego przeciągania i słodkiego… Do tego wpisu natchnęły nie weekendowe starty w gdyńskim półmaratonie i cała otoczka jaka temu wydarzeniu towarzyszyła. Generalnie same zawody to wisienka na torcie i to nieco robaczywa, bo sedno siedzi w torcie, który kawałek po kawałeczku jest konsumowany na treningach…  

Cofnę się do roku 1995, gdyż dopiero wtedy po pięciu latach treningu pobiegłem pierwszy świadomy trening na prędkość, a było to w Szklarskiej Porębie na sławnej Drodze pod Reglami. Dycha ciągłego. Biegliśmy we trójkę z Krzyśkiem i Maćkiem. Trener powiedział, że mamy pobiec drugi zakres po 4 minuty na kilometr… Czarna magia… ale o co chodzi… Co to drugi zakres – pytanie pierwsze, a drugie to jak pobiec po 4 minuty na kilometr ? Przypomnę, mieliśmy rok 1995 czyli to było jakieś 23 lata temu… Kupa czasu. Zegarki, jakimi dysponowaliśmy wtedy to magiczne i historyczne Casio SDB – 500W. Kto wie o czym mówię znaczy że pamięta piękne czasy polskich biegów długich i wie jak to jest biec maraton czy „long” mając do dyspozycji tylko 30 międzyczasów w zegarku, bo te maszyny tylko tyle miały. 30 „lapów” nie mniej nie więcej…  Czytaj dalej

Dzień Dobry TVN…

Zapraszam do obejrzenia krótkiego reportażu przygotowanego dla „Dzień Dobry TVN” , w którym dowiecie się o planach na przyszłość, o tym co myśli o mnie moja druga połowa i dlaczego akurat północ… 

LINK DO AUDYCJI

nie popadajmy w skrajność, to tylko zima…

Co przedstawia powyższe zdjęcie ? Szczęśliwego biegnącego człowieka zimową porą… gdzie termometr pokazywał – 35 C a odczuwalna temperatura według tabel oscylowała w okolicy – 50 C. Tak. Na termometrze minus trzydzieści pięć stopni Celsjusza a gość nie ma na ryjku chustki, buffa czy kominiarki… Gość nie jest terminatorem, ewenementem czy Eskimosem. Gość na obrazku przeżył i ma się dobrze. Nie zamarzł, nic mu nie odpadło i nie wybuchły mu płuca. 

Końcówka tegorocznej zimy zaskoczyła wszystkich śniegiem i mrozem a temperatury spadły do kilkunastu kresek poniżej zera, taki numer wywinęła ta zima. Ech ta zima… Przeglądając fejsa i inne media społecznościowe nie dało się nie zauważyć „alertu” pogodowego i setek komentarzy, artykułów o tym jak się chronić przed ekstremalnym mrozem… jak zabezpieczać górne drogi oddechowe przy skromnych – 5 czy – 15 stopniach, bo więcej raczej nie było. Poszły w ruch aparaty, buffy, chusty, szale, kominiarki szczelnie zakrywające nosy, usta i chciałoby się napisać oczy.

Spróbowałem sam… ale wymiękłem po kilku metrach, spróbowałem nawet na 89N biec z zakrytymi ustami i nosem… nie  dało się. Pogrążyła mnie intensywność i niemożność wentylacji, więc zrezygnowałem z wszystkiego, co mnie ograniczało i oddychałem normalnie. Na początku przez nos a następnie przez usta. Tragedii nie było a było – 35 C… to jest dość zimno.

Czytaj dalej

Moje życie moja droga, mój wybór, moja krew…

źródło: http://ketkiborgaonkar.blogspot.com 

Sportowiec jest jak balon, który może wzlecieć do góry ku wyżynom, ale może pęknąć z wielkim hukiem i zaliczyć spektakularną porażkę. Najważniejsze jednak jest jego pompowanie. Można to zrobić w samotności ciszy i spokoju przyglądać się, jak wznosi się coraz wyżej i wyżej a można robić to na pokaz z wielką pompą, lecz zazwyczaj nic dobrego z tego nie wychodzi, bo balon pęka z wielkim hukiem, gdy osiągnie maksimum swojej pojemności...  

Himalaiści, olimpijczycy, piłkarze, maratoczycy, wyczynowi sportowcy i … amatorzy. Co ich wszystkich łączy? Cel, droga, wyzwanie, napięcie, emocje, walka… Czy może oczekiwania? Oczekiwania z zewnątrz, oczekiwania od samego sienie, chęć samospełnienia, samorealizacji, chęć osiągnięcia założonego celu, który zdarza się, że jest na wyrost, ale poniekąd to i dobrze… Chociaż z drugiej strony… No właśnie. Być, albo nie być oto jest pytanie… 

Czytaj dalej

66°33'39"N & 66°33'39"S

Koło podbiegunowe, krąg polarny – równoleżnik ziemski o szerokości geograficznej 66°33’39″N (na półkuli północnej) lub 66°33’39″S (na półkuli południowej). Koło podbiegunowe jest nieustannie w ruchu i zmienia nieznacznie swoją szerokość geograficzną. Przez ostatni milion lat granica ta zmieniała się o blisko 250 km (65,5°–67,7°N i S). Obecnie (do roku 2015) północne koło podbiegunowe przesuwa się na północ a południowe na południe. 1 grudnia 2013 roku znajdowało się na szerokości odpowiednio 66°33’45,066″N i 66°33’45,066″S (według wzoru astronoma Jacques’a Laskara) – taką definicję koła podbiegunowego można przeczytać w Wikipedii. 

Czytaj dalej

styczeń, luty…

Jest takie powiedzenie, „maratończyka poznaje się po tym, jak kończy…” i mam nadzieję, że to powiedzenie dotyczy również wejścia w nowy rok, w nowy sezon, w nowy okres. Nie ważne, jak się zaczyna, nie ważne jaki będzie początek roku, ważne jak będzie koniec i tego chciałbym się trzymać. 

Bez zbędnego gadania, pisania i słodkiego <cenzura>… Styczeń – chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Luty… nie zaczął się również różowo, chociaż trochę pobiegałem, a raczej potruchtałem. Nie można tego nazwać treningiem, lecz wprowadzeniem do aktywności ruchowej dla średniozaawansowanych. Dlaczego ? Sporo się posypało tematów, trochę się rozjechałem w środku i ciężko jest mi to we łbie wszystko (dalej) poukładać i przyjąć do świadomości pewny ciąg zdarzeń, który właśnie się zakończył i na który nie mam żadnego wpływu… Życie. Każdego to czeka, prędzej czy później i nie mamy na to żadnego wpływu… 

Chciałem się wziąć w garść, nawet zaczęło jako tako iść, ale zdechła mi noga. Niby Achilles, ale finalnie wg Maćka to temat powięziowy i również skłaniałbym się ku temu. Ból w ścięgnie i klapanie prawej stopy to tylko następstwo tego, co się stało w środku i nad tym pracujemy. Jak wyjdzie zobaczymy. Mam nadzieję, że dobrze, bo z podobnym tematem już miałem do czynienia. Najśmieszniejsze jest to, że przyczyna tkwi w… butach. Nie w żadnym przeciążeniu, przetrenowaniu itp., ale w butach, w których zrobiłem o kilka treningów za dużo. W butach z dropem 10 mm… czyli o 2 i pół raza za dużym, jak to tak można opisać, niż w butach w których normalnie trenuję. Może wydać to się dziwne, ale jak biega się w rok ponad 4 500 km na niskim dropie to cały aparat ruchu do tego się przyzwyczaja a jak nagle ubierze się buty na wysokim obcasie… wszystko pada. Szczególnie, jak się ma delikatne nogi. Taki „francuski piesek” ze mnie… 

Jednak brnąc dalej… jak to mówi Sylwuś, „tak miało być i koniec”, poza tym „nie ma przypadków, jest tylko cel, którego nie rozumiemy„… i kropka. Życie napisze dalszy scenariusz i mam nadzieję, że bardziej optymistyczny…

Trzeba więc spiąć tyłek, zacisnąć zęby i ruszyć do przodu… samo się nie zrobi, nikt za mnie niczego nie zrobi, więc koniec marudzenia. Czas zacząć działać. Są nowe cele do zrealizowania a życie jest za krótkie by się bawić w myśli smutne… 

#WalkaTrwa